piątek, 11 lipca 2014

"Skąd wiadomo, kiedy ufać ludziom? Przychodzą, mieszają w głowie, zostawiają... później chcą powrotu. Skąd wiadomo, na jakich zasadach? Kiedy można być pewnym, że historia się nie powtórzy?
Często mi się to zdarza. Cierpię, wyleczę się z tęsknoty i znów pojawia się jakaś nadzieja. Najgorzej jest właśnie wtedy, kiedy człowiek się już pogodził.
Jak ów powiernik zawiedzie kilka razy, to pewnym jest, że nie warto się angażować. Ale czy naprawdę trzeba ryzykować wielokrotne porzucenie?
Nauczyłam się być sama. To nie tak, że sobie to wymarzyłam, że zawsze chciałam, żeby tak wyglądało moje życie. Ale już nie jest tak, że ktoś bliski jest mi potrzebny do przetrwania. Mam dużo znajomych, z niektórymi spędzam więcej czasu niż z innymi, ale staram się nie przyzwyczajać.
Ciężko, jeśli ktoś jest obok przez lata, a później nagle znika, no ale - tak wygląda życie. Przynajmniej w moim nie mogę brać wszystkiego za pewnik.
Z drugiej strony, niektórzy się załamują. Porządni ludzie, wykształceni, pracujący, schlewający się niemal codziennie... muszą być wyjątkowo smutni, wyjątkowo samotni. Nie chciałabym tak skończyć, nie mieć co zrobić z wieczorami, nie mieć do kogo się odezwać.
Najbezpieczniej jest się po prostu odciąć. Ale nikt nie chce być totalnie sam, prawda?"

wtorek, 6 maja 2014

"Mam strasznie dużo do zrobienia. Ale nie mogę, nie potrafię, bo moje myśli nie chcą mi na to pozwolić. Powinnam robić, robić więcej, pracować, nie spać, pisać, liczyć, kreślić, ćwiczyć, byleby nie myśleć. A jest na odwrót. Siedzę i się gapię, nie robię nic, bo myślę.
Nie lubię swoich myśli.

Szłam chodnikiem, mijałam leżącego gołębia. Przekonana, że jest martwy, nie zwróciłam na niego uwagi, póki nie podniósł głowy i się nie spojrzał na mnie.
Gołąb, głupi ptak, przedstawiciel znienawidzonej przez ludzi rasy brudzącej miejskie parapety. Powinnam go dobić, żeby nie cierpiał. Ale jak? Miałam wziąć kamień i zmiażdżyć mu głowę? Poszłam.

To ja. Przedstawiciel cech znienawidzonych przez społeczeństwo. Nie jestem za mądra, nie jestem za ładna, daleko mi do zgrabnej. Zdarza mi się wyrażać własne zdanie... w skrócie: jestem zlepkiem tego, czego ludzie nie lubią.
Powinnam zniknąć, żeby nie cierpieć? Żeby nie przeszkadzać ludziom?
Ale jak? Rzucić się z mostu, połknąć jakieś prochy, powiesić się? Zrobić zamieszanie wokół swojej osoby?

Egzystuję sobie. I powoli umieram, w mękach większych lub mniejszych, zależnie od punktu tej egzystencji. Na pewno czeka mnie dłuższe umieranie niż gołębia zostawionego na pastwę losu. Bo czy życie i umieranie to nie to samo?

Jestem przewrażliwiona. Boli mnie, jak ludzie mnie odtrącają, wypychają na margines, nie zauważają, nie odpowiadają, jak chcę porozmawiać. Boli mnie, że siedzę sama i gapię się w przypadkowo wybrany punkt w przestrzeni i że mojej pustki nikt nigdy nie chce zakłócić. Wiadomością, telefonem, czymkolwiek.
Nawet do nieistniejących ludzi nie mogę już uciec."

niedziela, 13 kwietnia 2014

"Niesamowite, jak niewiele trzeba.
Jest ze mną coraz gorzej. Osobom, którym powinno zależeć, wcale nie zależy, a to boli. Fizycznie jest ze mną nie najlepiej, dałam się nastraszyć lekarzowi i w sumie stres mnie zjada.
Nie mówiąc już o bólu fizycznym z tym związanym - zdrowie nie dopisuje.
Na prawdziwych ludzi nie ma co liczyć, ale wystarczy się odezwać do tych nieistniejących i oto magia: zainteresowanie, interakcja, poprawa humoru.
Nie chce mi się nic, życie dołuje. No i wciąż nie wiem czego od niego chcę.

Czy coś się zmieni jak się zmienię? Co się zmieni?
Zmieni się na lepsze?"